Zakładki:
Autorka ;)
Czytam
Czytam i nie znam
Dziennikarstwo
Foto
Kobiety i mężczyźni
Kraków
Książki
Kuchnia
Poezja
POMOC
Sznurki
Sztuka
Wiara
Włoskie
WWW
Zabawne
Zapomniane?



wtorek, 29 maja 2007
Międzynarodowo
Dla mnie ten dzień zaczął się nienormalnie wcześnie.
O traumatycznej 5:15.
Bezbudzikowo...
Taaak. Znowu nie zachowuję się jak student.
Prawdziwy krakowski (i w ogóle) student nie wstaje, jak nie musi... ;)

Potem był egzamin.
Zdecydowanie po polsku.
Co prawda pytania przypominały raczej czeski film, ale cała reszta była stosunkowo przewidywalna.
Niekoniecznie optymistyczna, choć źle nie było, ale i tak sobie trochę ponarzekamy... ;) Taka narodowa przypadłość.

Następnie był pyszny obiad - mmmmmmm... M, właśnie z M. :)
(Przy okazji pozdrawiam M, który zawzięcie i z determinacją nie czyta notek.) ;)
Po raz kolejny w chińskiej restauracji. Kurczak z grilla po wietnamsku.
Ehhh! Niebo w gębie! :)

Chwilę po obiedzie odebrałam ze szkoły młodego włoskiego kawalera oraz jego malezyjskiego kolegę.
Porozumienie osiągaliśmy dzięki znajomości (w moim przypadku nieco wątpliwej) języka angielskiego.
Triumfowała gra w piłkę i rozmowy na temat polskich ślimaków. A był to chwytliwy temat, jak się okazało.
Podobnie zresztą, jak chrześcijaństwo, islam i hinduizm w drodze powrotnej ze szkoły...

A jutro mam zamiar spotkać się z Polką, która przyjechała z Niemiec na kilka dni. :)
Zresztą, Caro dobrze znacie. :)

Takie to ciekawe międzynarodowe doświadczenia...
Wesoło, nie? :)
sobota, 26 maja 2007
"Anioły"
Anioły schodziły po ścieżce białej,
schylały się, patrzały, głowy ku sobie zbliżały,
chwiały ogromnymi, cichymi piórami,
szemrały szumiącymi szatami
i stawały bojąc się przestraszyć ciszę,
która się razem z nimi nad ziemią czekającą kołysze.
Kazimiera Iłłakowiczówna


Ziemia oczekująca...
czwartek, 24 maja 2007
Promyczki nadziei
"Nadzieja, która boi się ryzyka, nie jest żadną nadzieją...
Ufać znaczy: wierzyć w miłość, zawierzyć ludziom, skoczyć w niewiadome i spuścić się całkowicie na Boga."
Abp Helder Camara

Kasia, pamiętasz? Dziś mówiłyśmy o ryzyku.
Bo to było ryzyko.
Ogromne.
W zasadzie do dziś, większość spraw się nie układała.
W nocy nie mogłam spać.
Nagle aparat wyfrunął z domu.
Przez chorobę nie mogłam za długo nie - leżeć, co dopiero stać przez kilka godzin.
Ból brzucha nie ustępował przez pół nocy i dnia.
Płaczący Misiek obudził cały dom przed 4 nad ranem.
Różne niedogadania, wielość wymagań...

W tej sytuacji nie miałyśmy już żadnych opcji.
Została nam tylko modlitwa i wiara w dobroć ludzkich serc.
I nadzieja.
No i się nie zawiodłyśmy!
Wręcz przeciwnie.
Myślałyśmy, żeby tylko przeżyć ten czas, żeby szybko upłynął, żeby zakończyć, zapomnieć i pójść spać...
A teraz nie wiem, czy radość pozwoli mi się tak szybko położyć. :)
Raczej nie. ;)

Niezależnie od opinii, niezależnie od jakichś nieprzyjemnych faktów, które pewnie jeszcze się pojawią (bo nie wierzę, żeby to była taka idylla), mamy poczucie, że:
 
1. Ludzie generalnie są dobrzy.
Jest w nich mnóstwo bezinteresowności! Najczęściej po prostu brak im warunków do okazania tej dobroci - ktoś, coś ich hamuje - ale kiedy da im się możliwość, pokażą swoją najlepszą - prawdziwą stronę. Tak mówi Carl Rogers i ma rację. Człowiek jest z gruntu dobry!
7 fotografów o wielkim sercu, kierownik masarni, kierownicy cukierni, drogi pan reżyser, punkt foto... Oni wszyscy znów pomogli nam uwierzyć w bezinteresowną dobroć ludzi!

2. Warto pomagać innym.
I wcale nie dla korzyści, nawet nie dla słowa "dziękuję". Po prostu, żeby zobaczyć ich uśmiech. I dla własnej satysfakcji.
Że jest się w stanie coś takiego zrobić, przełamać własne lęki, zastukać w te, czy inne drzwi (któreś w końcu się otworzą!), nie bać się prosić, być blisko potrzebujących.

3. To było coś pięknego.
I to nie nasza zasługa.
Dziś wiele niespodzianek spadło nam wprost z Nieba.
Dobrzy ludzie.
Piękna pogoda.
Dobre humory.
Wiem, że wielu trzymało za nas kciuki, wielu się modliło.
I to nam pomogło. I było super, dlatego, że kogoś to ucieszyło. I to nie byle kogo, ale tych, którzy może mają na co dzień mniej powodów do radości...

"Trzymajmy się niewzruszenie nadziei, którą wyznajemy.
Bo godzien jest zaufania Ten, który dał obietnicę."
List do Hebrajczyków
:)
 
P.S. Dzięki za wsparcie! 
środa, 23 maja 2007
Jest ciężko.
Wiele rzeczy na raz, wszystkie nie do końca przebiegają po mojej myśli.
Ale wierzę, że to jest potrzebne.
Bo może inne docenię bardziej.

Jutro będzie ważny i trudny dzień.
Mimo choroby, która nie sprzyja wychodzeniu, ani w sumie myśleniu za bardzo, będę musiała dać z siebie wszystko obok Kasi i Plecionki.
Dużo nas to kosztuje.
Wierzę, że w szczytnym celu.
I że się uda.
Westchnijcie do Nieba o pomoc, proszę...
niedziela, 20 maja 2007
Weekend zapowiadał się całkiem ciekawie.
W piątek co prawda najpierw dużo kataru i leżenie w łóżku, ale wieczorem wyrwałam się do kina na Maraton Komedii.
No było śmiesznie, czasem obleśnie, ale generalnie sympatycznie, chociaż śpiąco. ;)
Wróciłam później niż się spodziewałam.
Już ptaki ćwierkały i słońce powoli wschodziło nad tą częścią świata.

Sobota była śpiąca i zakatarzona.
Potem mocno zakupowa.
Niespodziewanie (dla mnie) zakupowa!
Ale fajnie. :)
I było pisanie pracy zaliczeniowej.
Już ją kończyłam, ostatecznie poprawiałam, byłam dumna z efektu kilkugodzinnego siedzenia przed komputerem... I nagle: pstryk!
Wszystkie zapisane informacje zniknęły.
Została tylko pierwotna wersja sprzed paru godzin...
A byłam pewna, że kilkukrotnie zapisywałam zmiany...
Załamałam się, ale cóż zrobić - zaczęłam od nowa.
Skończyłam po północy, ale nie jakoś drastycznie, bo byłam zdeterminowana i całkiem szybko mi szło.

Dzisiaj.
Dawno nie miałam uczucia, że chcę otworzyć oczy, ale nie mogę.
Dziś miałam.
Przeziębienie zaczęło zdobywać kolejne partie mojego ciała.
Teraz poza Niagarą z nosa i stadem rozwścieczonych mamutów w moich płucach, mam jeszcze podstępnych nocnych szpiegów, którzy w nocy zaklejają mi oczy jasnym płynem, aby utrudnić mi ranne wstawanie z łóżka.

Nie wiem, co to będzie, bo przed nami dużo wyzwań...
Życzcie mi zdrowia.
środa, 16 maja 2007
Wywyższam Cię!

Tobie śpiewam pieśń...

Dzisiejsze śpiewanie miało tylko jeden cel. Najwyższy.
Można powiedzieć, że pomimo ogromnych przeszkód technicznych, został on osiągnięty.
Ten, kto chciał otworzyć swoje serce na Boga i ludzi, otworzył je.
Ten, kto chciał je zamknąć, zrobił to.
Tak więc każdy w wolności wybrał kierunek swoich działań.

Teraz pozostaje tylko pytanie... Czy droga, którą kroczysz jest jedną z Jego dróg?

Co do nas samych w tym wszystkim, nasza wzajemna obecność podnosiła nas na duchu. Jesteśmy razem, jesteśmy wspólnotą, nie ma tu najmniejszych wątpliwości...
Oprócz tego pomagały życzliwe spojrzenia z tłumu. :) Szczególne podziękowania dla ekipy Około - Kalinowej, tak ją nazwijmy, oraz naszej drogiej Nieszki, która służyła nam ciepłem i dobrą radą.

Wieczór zakończył się tak sobie - niemiłe wiadomości, domniemana kradzież telefonu...
Jednak to wszystko ma jakiś cel i sens. Może próba cierpliwości, wytrwałości, miłości?
Trudna.
Ale w końcu...

JESTEŚMY WSPÓLNOTĄ... ;)

poniedziałek, 14 maja 2007
Niech ktoś zatrzyma wreszcie świat...

... Ja wysiadam!

Coś wewnątrz mnie krzyczy: "stop".
Nieustanny pęd, zawsze brak długopisa pod ręką, żeby zapisać, co jeszcze, na kiedy, dużo spraw, które nie mieszczą się w kieszeniach myśli.
Mam ręce w kieszeniach, a kieszenie jak ocean, powoli chodzę i rozglądam się.
Mam ręce w kieszeniach, a kieszenie jak ocean, dlatego wiem, gdzie żyję, dobrze wiem...


Wiem, gdzie żyję, choć czasem zamazuje mi się obraz rzeczywistości.
Ale "wierzę, że droga, którą idę, jest, Panie, jedną z Twoich dróg... Zamykam oczy, żeby widzieć, otwieram serce na Twój cud."

Poza tym polecam obiady w restauracji "U Babci Maliny".
Morszczuk panierowany, to jest to! :)

środa, 09 maja 2007
W przepełnionym tramwaju siedzi blady, siny, wymęczony student. Pod oczami sine cienie, przez lewą rękę przewieszony płaszcz.
Wsiada staruszka. Student ustępuje jej miejsca i łapie się uchwytu. Staruszka siada, ale zaniepokojona przygląda się studentowi:
- Przepraszam, młody człowieku! To bardzo ładnie, że zrobił mi pan miejsce, ale pan tak blado wygląda. Może pan chory? Może... niech lepiej pan siada. Nie jest panu słabo?
- Ależ nie, nie! Niech pani siedzi. Ja tylko, widzi pani, jadę na egzamin, a calą noc się uczyłem bo mam średnią 4,6 i chcę ją utrzymać.
- No to może da mi pan chociaż ten płaszcz do potrzymania?
- A, nie! Nie mogę! Zresztą, to nie jest płaszcz. To kolega. On ma średnią 5.0.

Hehehe!
Nie będę komentować, nie? ;)
wtorek, 08 maja 2007
Mieć
Przełożyli egzamin.
Źle, czy dobrze, faktem jest, że teraz mam ochotę na drzemkę i wcale nie mam silnej motywacji, żeby się od tej ochoty uwolnić. :)
Oprócz tego mam winogrona i sok porzeczkowy.
I mam jeszcze nadzieję, że ze wszystkim zdążę na czas.
I mam jeszcze sporo spraw na głowie, i pewnie też już wrzody... Albo przynajmniej  jakieś ich zalążki.

Ale, abstrahując od tego wszystkiego, wciąż, dziwnym zrządzeniem losu, mam całkiem niezły humor.
:)
niedziela, 06 maja 2007
Trochę dłużej niż zazwyczaj

Przed chwilą oglądałam fragment programu na kanale "National Geographic", który podejmował tematykę PGD (ang. preimplantation genetic diagnosis), czyli diagnostyki preimplantacyjnej. Są to różnego rodzaju badania embrionu pomiędzy zapłodnieniem a umieszczeniem go w macicy. Wykorzystuje się je w przypadku sztucznego zapłodnienia. PGD ma na celu wyselekcjonować embriony, aby w organiźmie kobiety zamieścić ten "idealny" oraz umożliwia zaprojektowanie swojego potomstwa - np. płci, czy koloru oczu dziecka.
(Nie należy mylić diagnostyki preimplantacyjnej z prenatalną, której celem jest świadomość ewentualnych zagrożeń lub chorób płodu, aby uzyskać możliwości leczenia - w tym celu bada się rodziców przed zapłodnieniem lub dziecko, znajdujące się już pod sercem matki)

Program pokazywał sytuacje różnych małżeństw, które decydowały się na PGD oraz opinie innych ludzi na ten temat.

Po pierwsze zobaczyłam kobietę, która miała bodajże 4 synów i marzyła o córce.
Fajnie, dopóki nie usłyszałam jej słów, że zrobiłaby WSZYSTKO, żeby mieć córkę, i traktowałaby to tylko jako środek do celu. Po trupach? Cel uświęca środki? Miłość matczyna? Może zamieniłaby jednego ze swoich synów na kogoś innego?
Przedstawiała swoją sytuację jako niezwykle dramatyczną. "Nikt nie powinien mnie oceniać, dopóki nie przeżył czegoś takiego, jak ja." Hm... Powiem szczerze: nie przeżyłam. Ale też nie widzę dramatu. Ma czwórkę dzieci i kochającego męża. Czy to nie wystarczy do zbudowania fundamentów szczęścia rodzinnego?
Jak czują się ci synowie, ci, którzy nie są tacy, jakich pragnie ich matka, bo nie są... dziewczynkami?

Po drugie zobaczyłam małżeństwo, które kolejny raz próbowało PGD (wcześniej im się nie udało). Tym razem "wyprodukowano" 5 embrionów. W rezultacie okazało się, że żaden z nich nie jest na tyle doskonały, aby zajmować się nim dalej w celu zapłodnienia kobiety.
Pokazane są zawiedzione twarze niedoszłych rodziców, wypowiadają się, że szkoda, ale przecież to natura decyduje, a nauka tylko trochę pomaga.
Nikt nie zapytał o to, co dzieje się później z tymi pięcioma potencjalnymi dzieciakami...
A ja pytam.

Po trzecie zobaczyłam rodziców z ciężko chorą córką, którzy starają się o pozwolenie na PGD po to, aby krew pępowinowa nowego dziecka mogła uleczyć starsze.
Nowe musiałoby oczywiście spełniać odpowiednie warunki genetyczne, medyczne, itd.
Patrząc na nich, szczerze współczuję, ale myślę o tym, które miałoby się dopiero począć...
Jako owoc miłości rodziców? Raczej nie. Raczej jako lekarstwo dla pierwszego dziecka.
Antybiotyk. Dość drogi, ale w końcu skuteczny, nie?
Gdybym była tym drugim, myślałabym może, że moje życie osiągnęło już swój sens - po to, po co zostało wywołane, aby ocalić siostrę - po co żyć dalej?

Aż tu taka dziwna sprawa.
Rodzice borykają się z władzami o pozwolenie na wykonanie zabiegu... kiedy nagle matka zachodzi w ciążę.
Co najdziwniejsze, naturalnie poczęty płód spełnia wszystkie warunki, aby wyleczyć starszą dziewczynkę.
Rodzice komentują, że udało im się uleczyć córkę dzięki przypadkowi...
(Takim skromnym imieniem, jak "Przypadek" lub "Natura" ludzie zwykli często nazywać Boga)

Nie chcę komentować wszystkich tych sytuacji, tak, jak nie komentowano ich w tym programie (przynajmniej na tyle, na ile ja go widziałam).
Chciałam je tutaj tylko przytoczyć.
Ku wiedzy.
Ku refleksji.
Nad życiem, śmiercią i aktem stwórczym, w którym Bóg podejmuje współpracę z ludźmi.
Ku dobru człowieka.

 
1 , 2