Zakładki:
Autorka ;)
Czytam
Czytam i nie znam
Dziennikarstwo
Foto
Kobiety i mężczyźni
Kraków
Książki
Kuchnia
Poezja
POMOC
Sznurki
Sztuka
Wiara
Włoskie
WWW
Zabawne
Zapomniane?



niedziela, 30 września 2007
Techniki uwodzenia...
Mateo przysłał mi linka.
No i zaczęło się.

To nie pierwsza "szkoła uwodzenia", jaką spotykam w internecie.
Co rusz znajduję przypadkowo kursy dla tych mniej doświadczonych panów i dla tych, którym po prostu podryw niespecjalnie wychodzi.

W tym miejscu wypada mi przejść do moich "ale". ;)
Powiem tak: czym innym jest zdobywanie wiedzy na temat przeciwnej płci, psychiki, pewnych typowych zachowań i ich znaczenia... a czym innym uczenie się schematu zachowań dla każdej możliwej sytuacji.
Jestem jak najbardziej za tym, żeby mężczyźni zdobywali wiedzę o kobietach (i odwrotnie!), zresztą przy każdej możliwej okazji polecam lekturę książek Peasów, Eldredge'ów i Denisa Sonneta, gdzie można się wielu ciekawych rzeczy dowiedzieć w tych kwestiach.
Są takie wiadomości, które bezwzględnie każdy z nas powinien sobie przyswoić i korzystać z nich na co dzień - ku lepszemu wzajemnemu zrozumieniu.
Jednak uważam, że zupełnie czymś innym jest taka szkoła podrywu (nie mówię tylko o tej z linka, ale ogólnie o tym coraz bardziej rozpowszechnianym zjawisku - wystarczy poszperać w googlach).

Dlaczego?
Ano dlatego, że wpaja się człowiekowi KONKRETNY schemat.
To znaczy, jeżeli widzisz ją w takiej i takiej sytuacji, powiedz to i to, ona odpowie to i tamto, a Ty na to...
I tak dalej.
Szczerze mówiąc, dla mnie to jest upokarzające.
Nie chciałabym być dziewczyną, którą podrywa się tak właśnie: mechanicznie i szablonowo.
I nie powiem, co bym zrobiła, gdybym się dowiedziała, ile dziewcząt poprzednio ów "uwodzący" mnie Młody Adept Sztuki Podrywania próbował w identyczny sposób poderwać...! ;)

Mateo usiłował mi tłumaczyć, że taka szkoła, to przede wszystkim nauka radzenia sobie z własnym onieśmieleniem, przełamaniem siebie, itd.
W porządku.
Jestem za.
Niech się panowie przełamują.
Tylko, błagam, niech nie uczą się na pamięć schematów pierwszej, drugiej, trzeciej rozmowy, 10 różnych tekstów, służących do zaproszenia do kina, i kiedy, jak i gdzie mają całować...
Bo to jest dla mnie żenujące.

I, Panowie, jako kobieta czułabym się upokorzona, gdyby ktoś próbował na mnie ćwiczyć swoje umiejętności, zdobyte dzięki takiemu kursowi.
Czy nie lepiej poddać się własnej intuicji, uczuciom i rozumowi, które to łącznie potrafią dać nam chyba najlepszy obraz spotykanej sytuacji?
Bo przecież każda osoba jest inna - każda kobieta jest inna, każde spotkanie i każda miłość inna, więc nie zamykajmy się w zbudowanych z góry schematach!
Postawmy na wyjątkowość chwili i osoby...
:)
sobota, 29 września 2007
Za Wolność!

Po raz kolejny z przymrużeniem oka patrzę na moje pisanie tu.
Bo co?
Bo i tak nie piszę do końca tego, "co mi w duszy gra". ;)
A jednak bloga piszę nadal.
I to różności, opowieści, wrażenia, streszczenia dnia.
Ale to i tak wszystko to takie "pobocze".
Główny tor myśli pozostaje dla mnie.
A one kotłują się i sprawdzają moją wytrzymałość. ;)
Ale nie! Opieram się im.
Nie ma szans na "ekshibicjonizm" blogowy! ;)


Ale wracając do meritum...
Dwa dni temu oglądałam wstrząsający dokument na TVP Kultura, opowiadający o walce ludzi o wolność i demokrację na Białorusi.
Popłakałam się.
Historia Białorusinów, ich pragnienia i zapał kojarzą mi się ewidentnie z polskimi, tymi sprzed mniej więcej dwudziestu lat.
Film nie był słodką historyjką, opowiadającą o ideałach.
Pokazał prawdziwe życie.

Dziewczyna, siedząca przed namiotem, rozłożonym w środku miasta, opowiada o tym, dlaczego tu jest.
Mówi, że mama nadal ją kocha, ale ojciec? Nie wie.
Ojciec uważa, że protestując przeciw dyktatorskim rządom Łukaszenki, zdradza kraj.
Ojciec uwierzył propagandzie, głoszącej, że inna władza będzie zła (gorsza?!), że Białoruś zostanie sprzedana.
Nie uwierzył za to swojej córce.
Ostatnie ujęcie z tą dziewczyną, pokazuje, jak odpowiednie służby wprowadzają ją do furgonetki i zawożą do więzienia...
Za to, że myślała po swojemu i za to, że mówiła, co myślała...

Chłopak, który jest poniekąd narratorem całego filmu, w pewnym momencie pokazany jest z telefonem komórkowym.
"Babciu, idź spać, nie czekaj na mnie...
Nie czekaj.
Babciu, idź spać, nie czekaj na mnie!"

Jest też Aleksandar Milinkiewicz, lider niezarejestrowanej partii "Za Wolność".
Taki białoruski Wałęsa.
W pewnym momencie, obejmując żonę ręką, mówi wzruszony, że dowiedział się, iż aresztowano jego dwóch synów, którzy szli do niego, niosąc mu ciepłe ubrania na tę noc - bo na placu było zimno...

Najtrudniejszy i najsmutniejszy fragment, to ujęcie, na którym widoczny jest tłum osób, maszerujących w dniu bodajże 25., czy też 26. marca - Dniu Wolności.
Szli, aby zakomunikować Białorusi i całemu światu, że mają prawo do wolności, że nikt im jej nie może zakazać i odebrać.
Tymczasem z drugiej strony poszły na nich tłumy milicji (a raczej takiego naszego "ZOMO") z pałkami.
Film pokazuje dramatyczne sceny pobić i aresztowań ludzi...

Nie potrafię wyrazić smutku, jaki czułam, oglądając to, widząc, że jeszcze tylu ludzi na świecie jest skrępowanych ustrojem, władzą, złem innych ludzi...
To tragiczne. Niewyobrażalnie!


A tu ciekawa strona o WOLNEJ Białorusi.

piątek, 28 września 2007

Przeziębienie nie mija.
W związku z powyższym ;) jutrzejsza impreza urodzinowa odpada.
"Trudno" - się mówi i żyje się dalej.

Kolczyki miały iść na allegro, ale dochodzą do mnie nieciekawe wieści o obowiązku płacenia podatku nawet za sprzedaż allegrową...
Ktoś się orientuje w tym bardziej i powie mi, co i jak?
Bo jeśli nie, to stoimy w miejscu... :|
I nici z produkcji kolczyków - zwijam biznes... ;)

W poniedziałek na 8:00.
Taa...
Potem czterogodzinne okienko - zapowiada się ciekawie. ;)
A wieczorem pewnie herbata u E.

"Jesień...
Deszcz zmył butów Twych ślad..."

Czerwone Gitary
czwartek, 27 września 2007
Jesień
Tak na 120%.
Od razu.

Przedwczoraj spotkałam jej pierwsze ślady, idąc na przystanek.
Zaczęłam zbierać rozsypane przez wiatr kolorowe (żółto - czerwono - zielono - brązowe) liście klonu i chować do torebki.
Zasuszymy.

U Miśka natknęłam się na kasztany.
"Zlobimy ludziki" - poinformował mnie z radością.

Od wczoraj kicham, prycham, smarkam i w ogóle wydaję z siebie zestaw dźwięków nie do końca identyfikowalnych.
Piję mleko z miodem, a raczej miód z mlekiem i czekam, aż mi się poprawi.
Muszę się zaopatrzyć w witaminkę C, bo odporność spada na łeb, na szyję.

Oprócz tego natykam się ciągle na teksty, które mi tę porę roku uświadamiają.
Nie jest to tak strasznie dołujące, jakby się mogło wydawać, w końcu złota, polska jesień ;) ale powiedzmy, że może bardziej refleksyjne.
W każdym razie towarzyszą mi Skaldowie i stary, dobry Staff.

A teraz co?
Teraz herbatka malinowa i łóżeczko. :)
A potem Plecionka, Nieszka i ŁuKasia. :)
środa, 26 września 2007
21
Caro kochana!
Uśmiechu z samego rana,
Szczęścia i wszelkiej pomyślności,
Codziennie garści radości,
Wielu dobrych znajomych,
Kontaktów międzynarodowych,
W życiu zawodowym powodzenia,
Najskrytszych marzeń spełnienia,
Wielu łask od Pana,
dla Ciebie, Caro kochana! :)

Wiersz sklecony w mojej głowie,
Oby się spodobał Tobie,
W dniu Twojego święta,
Niech czytelnik je pamięta. :)
poniedziałek, 24 września 2007

Wczesna pobudka.
Spacer z Miśkiem: "ciocia, jechamy!" i "ciocia, bawimy się!" ;)
Zwiedzanie Nieszkowego mieszkanka. :)
Dzierganie.
Miśkowe po przebudzeniu się słowa.
Zupa prawie z torebki. ;)
Irisch.
Włoski mail.
Winogrona prosto z działki.
Sąsiedzkie plotki.
Tureckie wieści.
Pievońskie zamówienia na kolczyki. :)
Planowanie "jutra".

Już czas na sen...

P.S. Aha i jeszcze film o Księdzu Kazimierzu Jancarzu, ale o tym, to chyba kiedy indziej i zdecydowanie nieco dłużej. :)

sobota, 22 września 2007
Nie sposób opisać tego wyjazdu.
A ja, jak widać, próbuję.

Zaskoczyło mnie mnóstwo rzeczy, pomimo tego, że już tak dobrze znam to Miejsce...
Niemożliwe stawało się możliwe każdego dnia.
I tak:

Ja, która nie umiem grać na gitarze, znam zaledwie kilka najprostszych chwytów i nigdy nie grałam publicznie (no bo z czym do ludzi) - grałam na jednej z mszy.
Ja, która zawsze maksymalnie stresuję się, kiedy muszę coś zaśpiewać sama, kiedy inni słuchają... - prowadziłam śpiew, zaczynałam pieśni i śpiewałam psalmy.
Ja, która rzadko wchodzę z nieznajomymi ludźmi na osobiste tematy - teraz słuchałam historii ich życia i czasem opowiadałam coś o sobie.
Ja, która zupełnie się tego nie spodziewałam (!) - usłyszałam wiele ciepłych, szokująco ciepłych słów od innych ludzi.

Teraz jestem trochę tak pomiędzy tamtym a tym światem, bo z jednej strony zastanawiam się nad tym wszystkim, a z drugiej staram się nie zastanawiać za dużo, bo lepiej coś robić niż gadać.
A wszystko, o czym wspomniałam nie było moją zasługą.
Mam wrażenie, że Pan Bóg po prostu dał mi te kilka dni i kilkadziesiąt ludzi na moją uciechę. :)
A może powinnam odpowiedzieć, jak to zrobił Franciszek bratu Maciejowi?
Pewnie tak.
Teraz pozostaje czerpać z tych przeżyć na dalszy czas...
"Bądź jak ptak, który spocząwszy w locie swym na gałązce, chociaż ona ugina się pod jego ciężarem, nie przestaje śpiewać, bo wie, że ma skrzydła, które go ustrzegą od zagłady."
piątek, 14 września 2007

W obliczu zgiełku i zabieganych dni postanowiłam oddać się zgoła innej atmosferze, innemu rytmowi życia.
Jadę gdzieś ku Wielkiej Ciszy, aby tam dać ukojenie duszy, sercu i ciału.
Poszukam tam spokoju starych drzew, świeżości górskiego powietrza, uroku widoku nieba pełnego gwiazd.

Jutro rano wyruszamy, wracamy za tydzień.
W tej chwili jestem w trakcie pakowania i nie idzie to najlepiej, ale wierzę, że zdążę i jestem w stanie upchnąć wszystko do jednego plecaka. ;)

Dziś dzień przepełniony dziećmi - jak to ostatnio u mnie bywa.
Najpierw Misiek i Oli, potem Andrea.
Nie wiem, może takie moje przeznaczenie?
Pytanie tylko: dzieci swoje, cudze, czy i te, i te? ;)

Ciekawa rozmowa w autobusie.
Dwóch dziadków i ja.
D1: Zmarł Ten A Ten. Pamiętasz go?
D2: No, pamiętam, pamiętam.
(Rozmowa o pogrzebach się ciągnie).
D1: A bo to się wszyscy pchają, bo kolejka do Nieba stoi.
D2: A do Piekła?
D1: Do Piekła nie ma, bo nikt nie chce. Tam od razu do kotła wpychają.
D2 (odwraca się do mnie i pyta): Naprawdę, tak tam jest?
J: Nie wiem, nigdy nie byłam...

Jeszcze, kurde, Moui zaprosił na wystawę, a nie mogę iść... :/
Pfff...
Jak coś, to info tu.
Moui nie poleca byle czego, więc polecam to, co poleca Moui. :)

Nie wiem, jak wytrzymam tydzień czasu bez nawet próby zrobienia czegokolwiek... w sensie kolczyków, czy coś.
Będę hasać po lasach i zbierać tworzywo naturalne. ;)
Muszę iść spać, jakaś kąpiel wcześniej, czy coś.
Guma do żucia o smaku arbuza - mmm...

Idę.

I pozdrawiam.
Szczególnie Nieszkę (wiesz, dlaczego), Caro, którą podziwiam za determinację i "przyłożenie się" do nauki włoskiego i Kasię, która spędzi ze mną ten tydzień.
Proszę trzymać kciuki za ładną pogodę!

środa, 12 września 2007
Cytaty...

... które ostatnio same mnie odnajdują.

"Jaki by nie był powód do łez, w końcu i tak trzeba wytrzeć nos."

"Chciałabym móc Ci powiedzieć wszystko, co czuję i co mam w sercu, ale nie potrafię. Ty jednak, który dobrze znasz moje uczucia, mimo to potrafisz odczytać, co się we mnie dzieje."
Św. Joanna Beretta Molla

"Panie, przenikasz i znasz mnie,
Ty wiesz, kiedy siadam i wstaję.
Z daleka przenikasz moje zamysły,
widzisz moje działanie i mój spoczynek
i wszystkie moje drogi są Ci znane.
Choć jeszcze nie ma słowa na języku:
Ty, Panie, już znasz je w całości.
Ty ogarniasz mnie zewsząd
i kładziesz na mnie swą rękę."

Ps 139, 1 - 5


A dziś śniła się przeprowadzka... :)

wtorek, 11 września 2007
Babskie sprawy

Zaczęło się od snu, w którym byłam kierownikiem teatru.
Grało w nim dwóch aktorów: Darków, współlokatorów zresztą.
Skąd to imię? Pojęcia nie mam.
W chwili kiedy jeden z Darków pokłócił się z drugim Darkiem i przyszedł do mnie (po kiego grzyba właśnie do mnie?!) zapytać, gdzie ma poszukać mieszkania, kiedy już miałam mu polecać Stubę, nastąpiło moje obudzenie się. I szeroki uśmiech, oczywiście, bo nie dalej, jak wczoraj, pisałam o moich zaskakujących snach. ;)

Potem wypad na giełdę kwiatową, gdzie znalazłam wiele ciekawych rzeczy, może nie idealnie tych, których szukałam, ale i tak sprawiających, że wyprawa się opłacała.

Misiek - nie będzie już chodził do przedszkola w tym roku.
Kiedy do niego przyszłam, przytulił mnie tak mocno, mocniutko na powitanie.
Na pożegnanie musiałam się z nim siłować, żeby oddał mi mój telefon i buty - tak bardzo nie chciał, żebym wychodziła...!

Potem Nieszka kochana! :)
Przymiarka sukni.
Suknia jest delikatna i śliczna, Nieszka w niej tym bardziej. :)
Ślubno - weselne dywagacje, pomysły... Zestaw powtarzających się pytań, zadawanych przez nas, ciągle niedowierzające. ;) I bardzo szczęśliwe. :)
Potem wyciągnięcie Dorotki z pracy na pyszną kawę w "Siesta Cafe".
Rozmowy takie, jakie kobiety muszą prowadzić po to, aby żyć, aby być sobą, aby nie zwariować.
Wiele razy wypowiadam się na temat komplementarności obydwu płci.
Kobiety i mężczyźni dopełniają się wzajemnie, ubogacają i pomagają sobie wiele zrozumieć, czasem zwyczajnie poprzez spojrzenie z innej perspektywy na różne sprawy, ale fakt faktem - bywa, że kobiety i faceci muszą pobyć w swoim "jednopłciowym" gronie.
I mówcie nam, Panowie, że plotkujemy, że obgadujemy lub potrafimy godzinami paplać bez przerwy...
Może i tak jest.
Ale to jest dla nas ważne tak, jak dla Was mecz piłki nożnej z kolegami. ;)
Nasze babskie pogaduchy w "Siesta Cafe" były dla mnie ważne z powodu - oczywiście - tematów, które poruszałyśmy, ale chyba jeszcze bardziej tego, że byłyśmy tam razem, w czwórkę.
Brakowało tylko Plecionki do kompletu, a szkoda.
Trzeba nam było tego czasu na nadrobienie zaległości.
I na wypicie pysznej kawy.
Migdałowa była mmm...!
I jeszcze ważna sprawa: ŁuKasia w tym oto dniu, w tym oto, Szacownym Gronie, w tej oto przytulnej kawiarni, wypiła swoją pierwszą kawę. :)
W całości.
I smakowała jej w dodatku! :)

Dziś jeszcze trzeba wymyślić lekcję polskiego po włosku i zrobić nowe kolczyki, bo mnie nosi. ;)
Pozdrawiam Was, Mili Ludzie!

 
1 , 2